• Wpisów:148
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 14:15
  • Licznik odwiedzin:11 832 / 169 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Praca w komunikacji miejskiej jest pełna niespodzianek. A już zwłaszcza, gdy jeździ się „na skoczka” tj. gdy nie ma się na stałe przydzielonego autobusu. Co stało się tym razem?

Niespełna dwuletniemu, przegubowemu Mercedesowi tym razem nieoczekiwanie zachciało się być Boeingiem 737 i… wyrosło mu skrzydło. Jak? Otóż niespodziewanie otworzyła mu się boczna, tylna, lewa klapa. W radiotelefonie usłyszałem raptem damski głos uprzedzający mnie przed tym, że coś mi się otworzyło. To kierująca autobusem za mną spieszyła z ostrzeżeniem. Sprawdziłem w lusterku: rzeczywiście. Stercząca klapa. Z boku mam jak gdyby małe skrzydło.

Nie byłoby powodu do obaw i większego problemu, gdyby nie fakt, że pechowa klapa jak łatwo się otworzyła, tak oczywiście równie „gładko” nie chciała się zamknąć. A rzecz działa się w godzinach szczytu na ruchliwym przystanku (Sienkiewicza/Rynek Kościuszki), jak zwykle zresztą i jakżeby inaczej. Co robić? Trzaskanie nic nie daje, a na pokładzie cały autobus ludzi, którzy bacznie przyglądają się rozwojowi sytuacji. Może to czymś przykleić. Ale czym?

Po radiowych konsultacjach udało się odnaleźć ukryty w kabinie „magiczny klucz”, którym już bezproblemowo zamknąłem klapę, pozbywając się niechcianego skrzydła. Zadowolony wracam do środka autobusu i oznajmiam utęsknionym pasażerom, że sytuacja jest opanowana. Ale teraz pojawia się inny problem. Zatrzasnęły się drzwi od kabiny! Nie mogę wejść do środka.

Do cholery, dlaczego akurat teraz? Tylko nie to… Feta przerwana. Na szczęście głęboki nur ręką przez małą szybkę do przycisku otwierającego przynosi rezultat. Dosięgam guziczka z trudem i… załatwione. Ruszamy dalej. Potem okazuje się, że był inny – znacznie prostszy i bardziej cywilizowany – sposób na dostanie się do środka. Jednakże, kto by na to wpadł w popłochu i nerwach...

Linia 19 - i tak byłem opóźniony przez liczne korki i tłok na pokładzie. A tu jeszcze w bonusie parę minut dodatkowych doszło. Bywa. Byleby bezkolizyjnie do celu, w czym „pirackie” skrzydło by z pewnością nie pomogło w wąskich (i nie tylko) uliczkach.

Jak widać, praca na linii potrafi przysporzyć wielu nieprzewidywalnych emocji. A i skrzydło autobusowi potrafi wyrosnąć jak przysłowiowy grzyb po deszczu…

Pozostaje życzyć wszystkim szoferom i sobie, aby w nadchodzącym 2018 roku było jak najmniej awaryjnych niespodzianek, a jeśli już się trafią, to niech wiążą się z faktycznym happy endem. Wesołych świąt.

Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Co w życiu jest nieulękłe? Czyste sumienie.

Bias z Prieny

Sumienie człowieka jest myśleniem Boga.

Victor Marie Hugo
 

 
Nadzieje uczonych są pewniejsze, niż bogactwa nieuków.

Demokryt
 

 
Przyzwoity człowiek sam lepiej żyje. Nie dlatego, że ma o sobie lepsze mniemanie, ale dlatego, że nie cierpi duchowo z powodu zła które wyrządza.

Leszek Kołakowski
 

 

Sporo mniej zorientowanych osób myśli, że praca w komunikacji miejskiej wygląda w ten sposób, że kierowca wsiada do autobusu na jakąś stałą 8-godzinną zmianę. Takiej supermarketowskiej nudy tu jednak nie ma. I to jest piękne w tej pracy.

W zależności od rozkładu, linii, zlecenia, dnia możemy tu pracować dwie, cztery godziny albo i nawet 10 godzin. I wszystko co pomiędzy.

Czas pracy rzadko kiedy jest tu też taki równiutki jak w biurze, sklepie, urzędzie czy fabryce. Pracujemy np. 7 h i 19 min. a następnego dnia 9 h i 49 min. Możemy pracować np. przez 9 z 10 kolejnych dni, a potem mieć załóżmy nawet 4 dni wolne. I niekoniecznie obejmie to weekend. Jest tu najróżniej. Możemy pracować dwa dni, by potem mieć dwa wolne, a potem przyjść na trzy kolejne... Przykłady możnaby w zasadzie mnożyć w nieskończoność.

System pracy jest nietypowy, co czyni to zajęcie jeszcze atrakcyjniejszym. Oczywiście kto co lubi, niemniej rutynowe tkwienie w jednym miejscu przez 8 godzin to zdecydowanie nie dla mnie. Ruch i przemieszczanie się to moim zdaniem ogromne walory tego zawodu.

Trudności niejednemu sprawiać mogą natomiast niesłychanie wczesne, barbarzyńskie wręcz, pobudki. Tutaj mieć "na rano" nie oznacza przyjść na 7.00 czy 8.00, ale nawet na 3.00 w nocy, z czego nie każdy z zewnątrz zdaje sobie sprawę.

Przy okazji należy też nadmienić, iż są kierowcy, którzy chadzają jedynie na południowe (bez barbarzyństwa) albo na poranne zmiany. Największa grupa jest jednak ulokowana – nazwijmy to – w systemie mieszanym, zmianowym innymi słowy.

Co ciekawe, czas biegnie tu bardzo szybko. W moim odczuciu mniej, więcej o połowę szybciej w stosunku do suchych liczb czy też wskazówek. 10 godzin na linii mija jak 5, a 6 jak 3. Z czego to wynika? Zapewne z tego, że dużo się dzieje. Z dynamiki, z ruchu. Za to na statycznej rezerwie już w ogóle tak nie jest (choć kiedy się pisze felietony jest nieco szybciej). Zatem jaki z tego wszystkiego wniosek? Krótko mówiąc: dostałbym szału siedząc na kasie w Tesco…

Dawid Horbacz. Tekst autorski (Fot. autor).
 

 
Koty są istotami tajemniczymi, w ich umysłach jest więcej, niż możemy sobie wyobrazić.

Sir Walter Scott

Koty są najbardziej taktownymi i uważnymi towarzyszami, jakich można sobie życzyć.

Pablo Picasso
 

 

Białystok. Róg Antoniuka Fabrycznego i Al. Konstytucji 3 maja. Zatłoczony przystanek. Na domiar złego są godziny szczytu. I co się dzieje? Nie mogę ruszyć "Jedenastką" z przystanku. Niesfornym Solarisem. Awaria środkowych drzwi. Na nic zdają się desperackie wysiłki, restarty, oględziny naoczne, nawet pomoc jednego z pasażerów (znajomego z podstawówki, żeby było ciekawiej). Ciekawski tłum zaczyna się tymczasem z lekka niepokoić, by niebawem zamienić się w rozjuszony motłoch. Ale o tym za chwilę...

Sytuację poprawia trochę fakt, że można liczyć na pomoc pogotowia technicznego, wezwanego dość szybko za pośrednictwem łączności radiowej. W porządku: pomoc jest już w drodze. Ale mamy szczyt i dojazd siłą rzeczy musi jeszcze trochę potrwać. W międzyczasie nie pozostaje nic innego jak próbować coś zmienić. Zmagania z drzwiami zostają jednak zakłócone przez rój czy też chór wszechwiedzących i nad wyraz "bystrych" staruszek. A kto wie - może naprawdę któraś z nich kończyła technikum mechaniczne korespondencyjnie?

Wtem podnosi się pretensjonalne larum: - Dlaczego niesprawny autobus w ogóle wyjechał z zajezdni? - Proszę Panią, w trakcie jazdy też się może coś zepsuć (od razu spieszę z ripostą). Bo i taka prawda, przecież w takich sytuacjach decyduje często czynnik zupełnie losowy. Już nie mówiąc nawet o tym, że ledwie godzinę wcześniej wsiadłem do tego autobusu. Zatem halo, jakie rano? A ten co jeździł rano to zdaje się nie musi być przecież jasnowidzem. To oczywiste, lecz... No cóż, nie wytłumaczysz! Nawet nie ma sensu się denerwować. Grunt to nie brać do głowy. W tym fachu tego typu konwersacje to codzienność.

Jak to wszystko się skończyło? Awaryjnym zjazdem z linii z otwartymi drzwiami i odstawieniem autobusu do warsztatu. Sajgon. Ciekawie to zresztą wyglądało: pusty autobus - mijający utęsknione twarze na przystankach - jadący z otwartymi (środkowymi) drzwiami. Jednakże nie było innego wyjścia. Sprawy w swoje ręce przejęła na jakiś czas rezerwa, a potem ja wróciłem na linię innym autobusem. Mercedesem - tym razem, dla odmiany. No nieźle, pomyślałem: wczoraj dwa Many, a dziś Solaris i Mercedes.

O właśnie, cóż za seria! Dzień wcześniej oznaczałem pętlę w Kleosinie - jak dzikie zwierzę - z uwagi na wyciek płynu chłodzącego. Schizofreniczne czerwone kontrolki raz za razem. Rosnący wskaźnik temperatury. Chaos i podnoszenie maski na przystanku przy zdziwionych ludziach. W zasadzie tylnej klapy, a nie maski. Na Wiejskiej, nieopodal Wydziału Pedagogicznego białostockiego uniwerku. Też było wesoło. Finalnie tzw. podmiana autobusu. Czyli przesadzanie pasażerów (i siebie z całym tobołem też - ma się rozumieć) do innego wozu. Wszystko to w ustalonym naprędce miejscu.

Tu zalana pętla, tu drzwi na oścież otwarte... Taka praca, interwencje pogotowia technicznego czasem się zdarzają. Warto przy okazji podziękować tu tym ludziom za ich trud i pomoc. W małej firemce typu "krzak" - chętnie tnącej koszta na maksa - takie coś jak pogotowie techniczne byłoby tylko nieuchwytnym mirażem. Na szczęście spółki komunikacji miejskiej to przy takich przedsiębiorstwach rekiny i molochy z całą rozbudowaną infrastrukturą, bazą i zapleczem i nie ma tu miejsca na taką amatorkę (niby spółki z.o.o., ale tak de facto przyjazne budżetóweczki podlegające pod miasto; przynajmniej tak to wygląda w odczuciu wielu pracowników).

Odbiegamy jednak nieco od tematu... Zdarzają się różne sytuacje. A to autobus nie odpala, a tu zerwał się pasek klinowy, a to w kasowniku wywaliło błąd krytyczny i nie da się w żaden sposób skasować biletu (historie autentyczne, z autopsji). Wtedy z pomocą przychodzi serwis (pogotowie) właśnie. Czasem wystarczy też porada radiowa. Czasem uda się zażegnać kryzys samemu.

Tak było na ulicy Icchoka Malmeda, gdzie mamy do czynienia z bezzatokowym, za to bardzo ruchliwym przystankiem. Oznacza to, że awaria w tym miejscu grozi niezłym paraliżem również dla innych autobusów. Pewnego razu, leniwym i spokojnym wieczorem wjeżdżam tam 14-stką, a za mną dwa duże przegubowce... Nie mieszczą się, jeden stoi na zakręcie (niejako ogonem na ul. Białówny). I zgadnijcie co się stało? No oczywiście, jakżeby inaczej... 1 do 756 (tym razem, bo codziennie inny autobus przecież)! Urwał się drążek hamulca przystankowego... Użyłem go jak setki razy wcześniej. Ale co z tego - nie idzie ruszyć! Restarty, pośpiech, radiotelefon. Zaczynają się nerwy. Z tyłu czekają, bo i co mają zrobić. Pasażerowie spokojnie obserwują całą sytuację. Malmeda w paraliżu! Na szczęście nie na długo. Udało się własnym sumptem zamontować jakoś ten niefortunny, cholerny drążek. Dwie minuty i po sprawie, z dużej chmury mały deszcz. Udało się!

Czy komuś jeszcze wydaje się, że praca w komunikacji miejskiej jest rutynowa i monotonna? Nic bardziej mylnego, to robota pełna przygód. Czasem aż za dużo. Mam nadzieję, że nie będę musiał odbierać porodu na obrotnicy autobusu przegubowego... Już podczas jazdy z patronem trzeba było bowiem wzywać pogotowie do "zaszytego" alkoholika, który - w towarzystwie czteroletniej córki - postanowił zapić... esperal.

Dawid Horbacz. Tekst autorski (Fot. autor).
 

 
Filozofia niczego nie wyjaśnia i z niczego nie wyciąga wniosków – sprawia jedynie, że dostrzegamy rzeczy, które bez niej mogłyby ujść naszej uwadze.

Ludwig Wittgenstein
 

 
Ważna sprawa to nigdy nie przestać pytać (The important thing is not to stop questioning).

Albert Einstein
 

 
Żaden wiatr nie jest pomyślny temu, kto nie wie, do którego portu płynie.

Machiavelli
 

 

Nasłuchałem się historii jak to – po zjeździe z linii - niejeden już wjechał autobusem pod dystrybutory z paliwem z intruzem na pokładzie. A nawet dalej – na zajezdniowy parking, zanim wyszło na jaw, że kierowca wcale nie jest sam. Tylko tak sądził. No i zgadnijcie co w związku z tym? Brawo, ja też dołączyłem do tego zaszczytnego grona, wszak tym razem padło na mnie.

Zjazd z linii po niemalże 10 godzinach „na zmęczonego” ewidentnie sprzyja przeoczeniom. I tak się stało. Wjeżdżam na teren zajezdni, pod dystrybutor, celem zatankowania i... Co się okazuje? Mam pasażerkę! Siedzi zagubiona i widzi w bocznych szybach korowody autobusów czekających na tankowanie. Postanowiłem tym razem nie korzystać z mikrofonu i pofatygować się osobiście, skoro zajechała już piracko tak daleko. W końcu i tak muszę wysiąść, żeby zatankować. Wychodzę z kabiny i zmierzam na tyły autobusu. Okazuje się, że to młoda Azjatka, wyglądająca na jakąś studentkę z wymiany. Gadka „To już końcowy, a nawet dalej, niż końcowy” - nie przynosi oczywiście rezultatu, czemu trudno się specjalnie dziwić. Siedzi zdezorientowana. Czas na plan B, czyli na łamaną angielszczyznę…

- It’s finish bus stop.

- OK, Where is the Żeromskiego? - pyta płynniutko po angielsku, mając minimalny kłopot z polską nazwą ulicy.

Myślę, że zapewne chce dostać się do akademika:
- Turn left, and this way, go forward, two kilometers – łamię sobie język, intensywnie gestykuluję. Where aru you from? Japan? China?

- Uzbekistan. Thank you very much – uśmiechnęła się zmieszana. A po sekundzie słychać tylko stukot szpilek.

- Good Luck.

W ramach zwiedzania Polski poznała nieco kulis działania komunikacji miejskiej. Jak widać przystanek wyłączenia i towarzyszące mu zmęczenie potrafią płatać figle… Dobrze, że była to zagubiona Uzbeczka, a nie etatowy klient izby wytrzeźwień wśród fekaliów i wymiocion…


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Nie martw się tym, na co nie masz wpływu.

Autor nieznany.
 

 

Bez wątpienia za przyjemną dozę samotności i indywidualizm, jaki jej towarzyszy. Za brak bezpośredniego nadzoru nad głową. Za gratisowe przejażdżki autobusem. Za liczne obserwacje.

Wreszcie – za to, że można w ogóle jeździć takimi kolosami. Gigantami z duszą. Za to, że komunikacja miejska jest integralnym i nieodzownym elementem funkcjonowania każdej aglomeracji.

Zawsze zastanawiało i fascynowało mnie to, co dzieje się za kulisami, w zajezdni, jak to wygląda od środka. Poznawanie tego wszystkiego od kuchni i chłonięcie tej wiedzy w detalach to niezwykle ciekawa kwestia.

Z całą pewnością trzeba to lubić, wtedy patrzy się na to inaczej. W sposób – dość powiedzieć – nieszablonowy...


Dawid Horbacz. Krótki tekst autorski.
 

 
Każdy, kto przestaje się uczyć jest stary, bez względu na to, czy ma 20 czy 80 lat. Kto kontynuuje naukę, pozostaje młody. Najwspanialszą rzeczą w życiu jest utrzymywanie swojego umysłu młodym.

Henry Ford
 

 
Ludzie nie są więźniami losu, a jedynie więźniami swoich własnych umysłów.

Franklin Roosevelt
 

 
To, co widzimy zależy w głównej mierze od tego, co chcemy zobaczyć.

John Lubbock
 

 
Umysły są jak spadochrony - działają tylko, gdy są otwarte.

Thomas Dewar
 

 
W naturze człowieka leży
rozsądne myślenie i nielogiczne działanie...

Anatole France
 

 
Nasza cała filozofia jest ulepszaniem języka.

Georg Christoph Lichtenberg
 

 
Korki, przepełnienie, czerwona fala – czyli o opóźnieniach w komunikacji miejskiej słów kilka.

Opóźnienia i komunikacja miejska to już w zasadzie nierozłączona para. Codzienność. Normą stały się sytuacje, gdzie zdążyć się po prostu fizycznie nie da. I na nic zdają się desperackie wysiłki, ekspresowe zamykanie drzwi i oszczędność czasu tam, gdzie się tylko da. Tak czy siak autobus spowalniają korki i światła. W efekcie pasażerowie nie docierają na czas, a kierowca kolejny raz nie ma przerwy (bywa, że przez wiele godzin)...

Taka już dola miast wojewódzkich, nie tylko Białegostoku. Zdarzają się i takież „cyrki”, że dwa autobusy tej samej linii jeżdżą przez jakiś czas jeden za drugim, nim „nie odskoczą” od siebie. Wygląda to zgoła nietypowo i rzuca się w oczy.

Wyśrubowany i hurra-optymistyczny czas przejazdu - ustanowiony przez sadystę zza biurka - jest oczywiście jedynie fikcją. Życzeniowym myśleniem – niczym więcej. Ewentualnie dziwnym żartem, sugerującym zabawę w „Need For Speed’a”. Tyle, że w roli sportowej bryki mielibyśmy tutaj zawalony ludźmi autobus, który po chodnikach i ścieżkach rowerowych – za wszelką cenę - próbuje omijać korki, a czerwone światła traktuje jedynie jako zbyteczną dekorację ulicy.

Żeby idealnie zdążyć na czas na niektórych liniach, należałoby zignorować połowę przystanków i jechać po mieście - w ruchliwych godzinach - bez jakiegokolwiek zatoru, co jest oczywiście niemożliwe.

Ale skąd jeszcze biorą się opóźnienia? Czy wynika to tylko z naciąganego i nierealistycznego czasu przejazdu, który określa słynny - mityczny już - sadysta zza biurka? Nie tylko. Podobnie jak w przypadku katastrofy lotniczej (nie jest to akurat najszczęśliwsze porównanie), tak i tutaj, mamy do czynienia z całym zestawem, splotem przyczyn. Na opóźnienia składają się też kwestie takie jak chociażby: remonty ulic i kierowanie ruchem, objazdy, pogoda, dobiegający pasażerowie w trybie „last minute”, przewóz osób starszych (długo wsiadających i wysiadających), sprzedaż biletów, transportowanie osób niepełnosprawnych (otwieranie specjalnego podestu), odsetek matek z wózkami na pokładzie, szybkość drzwi w danym autobusie, sprawność techniczna konkretnego wozu, czynnik ludzki (koncentracja i umiejętności kierującego), element losowy (np. przejazd pociągu, kolizja kilkadziesiąt metrów dalej, uprzejmość innych kierujących bądź też jej brak).

Istotne jest też to, czy poruszamy się w ciągu (w kolumnie) autobusów. Łatwo zgadnąć, że jeśli tak jest, to oczywiście negatywnie odbija się to na czasie. A to brak miejsca w zatoce, a to pasażerowie transferują się w ślamazarnym tempie do środka (bo i większy dystans mają do pokonania przez korowód autobusów w zatoce), a to ludzie przeskakują z linii do linii (wykorzystując tę bliskość). A to – wreszcie - poprzedzający nas autobus rusza i porusza się bardzo wolno itd.

Nie bez znaczenia jest tu również fakt, że jedno wydarzenie wpływa bezpośrednio na następne. Takiż efekt domina. Przykładowo: autobus stoi na przystanku, może ruszyć za klika sekund, ale w ostatniej chwili pojawia się pasażer, który chce kupić bilet. Powiedzmy, że wszystko idzie bardzo gładko i cała sprawa zajmuje ledwie kilka sekund. Jest to wzorcowa transakcja. W porządku: bilet sprzedany błyskawicznie, drzwi zamknięte, autobus rusza żwawo i dynamicznie. Szczęściem nikt nie nadjechał w pobliże zatoki, ale 25 metrów za przystankiem są światła. I zmiana cyklu… Jesteśmy jeszcze daleko od sygnalizatora. Za daleko, by „przelecieć” nawet na późnym żółtym. Stoimy. Tak oto z niepozornych kilku sekund, mamy – powiedzmy – już dwie minuty w przysłowiowe plecy. Efekt domina!

Co właściwie można zrobić? Najważniejszy w takiej sytuacji jest spokój. Nie chodzi tu oczywiście o to, by świadomie sabotować rozkład i nawet nie starać się czegoś zmienić, aczkolwiek świadomość, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy, oraz że nie wszystko zależy od nas, bardzo się przydaje. To niewiele, a jednak tak dużo… Priorytetem zawsze powinno być bezpieczeństwo – bez względu na wszelaki „sajgon” i „kocioł” związany bezpośrednio z opóźnieniami. Chóralnie podkreślają to zresztą przełożeni – jak jeden mąż. Słusznie.

Do zobaczenia w Śródmieściu w popołudniowym szczycie...


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Uśmiech pośród minorowych twarzy, armia robotników i szprotki w pomidorach.

Rano jak jasna cholera, tyle że jest totalnie ciemno, wszak to pogranicze środka nocy. Względnie ciepły autobus. Białystok, linia 11. Zatłoczona, jednoczłonowa „konserwa” zmierza - z charakterystycznym dieslowskim klekotem - w stronę Kleosina.

Multum ludzi, wśród nich ja. Myślę: jakie mam szczęście, że „nie podróżuję” wraz nimi do miejsca, gdzie np. przez 8 godzin będę siedzieć na kasie albo przewracać worki z mąką czy martwe myszołowy w magazynie łowieckim (co za głupota) - nieważne. Jadę do zajezdni, cóż za komfort...

Obserwuję te twarze - ze słuchawkami na uszach - kiwam głową do rytmu i nagle samoistnie dociera do mnie spostrzeżenie, że jako jedyny jestem „podejrzanie” uśmiechnięty wśród tej galerii posępnych twarzy. Czuję na sobie te zaskoczone spojrzenia.

Mija godzina. Teraz to ja prowadzę autobus. Inny autobus. Tym razem linii 16. Akurat na tej trasie występuje sporo miejsc pracy. I to całkiem okazałych. Tymczasem zbliża się poranny szczyt. Efekt? W 12-metrowym Manie ludzi przybywa co i rusz to - właściwie z każdym przystankiem. Jest już ponad 100 osób. Jeden jedzie na drugim... i na trzecim, lecz już przylepionym do szyby – by to jakoś zobrazować. Ludzie gnieżdżą się w każdym wolnym centymetrze autobusu jak szprotki w pomidorach. Zasadniczo: tłok, motłoch, zamieszanie – to się nazywa przepełnienie, nie da się ukryć. Drzwi zamykam z trudem. Ale zamykam.

Ooo.. jeszcze ktoś chce bilet, choć jednocześnie tyle strapionych oczu czeka cierpliwie na swój upragniony przystanek (opóźnienie). Nic nie szkodzi: proszę bardzo, normalny bilecik, dwa skasować, miłej podróży.

Wolę popołudnia (gdzie obserwujemy między innymi tzw. „tyro-powrót” w popołudniom szczycie), ale rano też jest pewna frapująca kwestia: armia ludzi jadąca do pracy. Armia robotników, biurokratów (nieco później), różnej maści pracowników nieidentycznego przeznaczenia. Szczerze mówiąc, odczuwam wtedy radość, że ja zostaje w przyjaznym, ciepłym autobusie i mogę jechać dalej, i nie wysiadam razem z poszczególnymi oddziałami „armii” na typowo przemysłowych przystankach.

Będąc tylko pasażerem (wciąż nim jestem, sic!), jeżdżąc autobusem chociażby na uniwersytet, niejednokrotnie myślałem z rana: „aaa… jeszcze bym przejechał się dalej, jest tak ciepło i tak fajnie kołysze tą „kolubryną”, że mógłbym jechać aż do Szczecina, gdyby ten autobus tylko zechciał”. No i proszę, co się stało… Teraz nie muszę wysiadać. Czy to nie jest chichot historii? A i owszem - i to miły chichot.

Wróćmy jednakże do naszej „armii”. Obserwacje tego typu uświadamiają ogromne znaczenie komunikacji miejskiej w codziennym funkcjonowaniu miasta. Pokazują jak transport publiczny – chcąc nie chcąc - wplata się w losy kolosalnych wręcz rzeszy ludzi. Pozwalają zrozumieć jak wiele twarzy „przetacza się” przez autobusy w ciągu choćby tylko jednego dnia. Ileż to życiorysów splata ze sobą na moment – zupełnie przypadkowo – jeden autobus!?

Ten niepozorny jeden autobus... bywa niekiedy krzywym zwierciadłem całego społeczeństwa, jego swoistym przekrojem (pod względem wiekowym, zawodowym, nawet i charakterologicznym, a to ledwie kilka przykładów), próbką, wycinkiem, reprezentatywnym okruchem, na podstawie którego można nieco więcej powiedzieć na temat całości.

To niby zwykł rejs autobusem, a z każdym przystankiem zaobserwować można wnikliwie jak wielkim i skomplikowanym organizmem jest tzw. społeczeństwo (tak naprawdę zbiorowisko jednostek, ale jednak). Sama podróż komunikacją miejską – nieważne czy w charakterze pasażera czy kierowcy – dobitnie pokazuje całą, ogromną mieszaninę ról społecznych. I nie chodzi tu tylko o pasażerów, ale również o to, co widać zza szyby… O całą otoczkę, wielkomiejski anturaż. To bardzo fajny i istotny – niefinansowy akurat – apanaż w tej pracy (jeśli to oczywiście dla kogoś coś znaczy). Możliwość obserwacji, wolnej myśli, analizowania…

Ileż to pasażerów w ciągu jednego tylko dnia przewiezie - nawet jeden tylko - autobus komunikacji miejskiej. Gdyby ściany tej maszyny miały opowiedzieć wszystko co słyszały i widziały u swych „gości”, zapewne nie starczyłoby nam czasu rozkładu i trzeba byłoby wracać do zajezdni…


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
403, Ty długo będziesz stał na tym przystanku? - czyli refleksje o pracy w komunikacji miejskiej.

Autobus przegubowy w popołudniowym szczycie komunikacyjnym jest niczym wielki samolot pasażerski. Tutaj - podobnie jak w powietrzu - możemy transportować nawet i z 200 osób. Aczkolwiek prędkością odrzutowca nie dysponujemy i na korki nie popatrzymy z lotu ptaka…

Ciężar odpowiedzialności za przewożoną gawiedź jest za to – co oczywiste – niebagatelny, zatem trzeba to zwyczajnie lubić, aby dobrze się w tym czuć. To truizm, ale wszystko wykonuje się inaczej, gdy się to lubi.

Czego można się spodziewać i jak faktycznie wygląda praca na linii? Z całą pewnością nie ma tu rutyny, choć z pozoru niektórym mogłoby tak się wydawać. Każdy dzień jest inny i jest to profesja, gdzie w praktyce zdarza się mnóstwo niespodzianek: a to gigantyczny korek, a to jakaś inscenizacja bitwy, a to niespodziewany bieg w centrum miasta, wyścig lub procesja, a to kolejny, ważki - dla prawidłowej przepustowości ruchu w mieście - remoncik. A może – tym razem – hydrauliczny remanencik? I tak to jest.

Ale co to wszystko oznacza w praktyce? Oczywiście chaos, zmiany trasy i objazdy, a ich konkretny przebieg może zmieniać się niekiedy wręcz z godziny na godzinę. Krótko mówiąc: bez dobrej znajomości miasta, nazw ulic, orientacji w terenie... będzie to stresogenna gehenna wśród zdezorientowanych pasażerów.

A swoją drogą paradoks tej pracy polega na tym, że teoretycznie ciągle przebywa się z ludźmi, a tak naprawdę przez większość czasu można korzystać z uroków przyjemnej samotności. Tajemnicą poliszynela jest tu zaiste fakt, że pasażerowie potrafią być doprawdy bardzo różni. Wychowani świetnym przedwojennym sznytem lub też zupełnie niekoniecznie czy nawet wręcz przeciwnie. To samo skądinąd tyczy wieku. Różnorodność. Od tych najmłodszych, poprzez pijaczków w kryzysie wieku średniego (dla przykładu, choć nie mamy tu na myśli naśladownictwa), aż po zaawansowane wiekowo sędziwe staruszki (dla ustalenia uwagi). Totalny tygiel pełen różności...

Można przewozić zagubioną striptizerkę, zabłąkanego klienta agencji towarzyskiej po suto zakrapianej imprezie, bądź też rozglądających się rozbieganym wzrokiem cudzoziemców bez dwóch słów po polsku. Można też przejechać się z chorą psychicznie białogłową (i nie jest to bynajmniej żadna przenośnia z tą chorobą!) wykrzykującą jakiś bełkot na cały autobus, a za chwilę tłumaczyć innemu nieszczęśnikowi gdzie i jak dojść z przystanku (wszystkie przykłady autentyczne; pełna autopsja, nie domysły). Wozi się również osoby niepełnosprawne, czy też np. mocno schorowane etc.

Profesja kierowcy autobusu miejskiego jest niewątpliwie zajęciem, gdzie możemy liczyć na - bogate i obfite w szczegóły - obserwacje życia społecznego (i to w jego bardzo rozległym i swobodnym rozumieniu). Strzępy konwersacji ludzi docierające do wnętrza kokpitu czy też bunkra (tak osobliwie nazywam kabinę kierowcy) to norma... choć najczęściej bardzo skutecznie zagłusza je radio (jeśli lubi się słuchać w czasie jazdy dużo muzyki, co akurat – tak się składa - nie jest mi obce). Zdarza się też słyszeć kłótnie pomiędzy pasażerami lub też doświadczyć pretensji kapryśnego bufona pod adresem kierowcy albo też komunikacji miejskiej w ogóle (to są interesujące przypadki: oddanych sprawie rewolucjonistów bez jakiegokolwiek posłuchu).

Czasami trafiają się też kursy czarterowe (tak je nazywam). Co to oznacza? Wynajem autobusów: a to trzeba przewieźć weselników z kościoła na miejsce libacji (nie czarujmy się...), a to znowuż przyjdzie przetransportować gromadę dzieci w liczbie 200 z kina do szkoły itd.

Chaos i mnogość wydarzeń też jest temu zajęciu zgoła nieobca. Tu kogoś przypadkiem przytniesz, tu ochlapiesz, tu bilecik, tu intensywniejsze hamowanie... Przez tyle godzin niejednokrotnie nie unikniesz gorszego momentu. Najważniejsza wszakże jest czujność, ale i nie branie - w sposób przesadny – wszystkiego do głowy jak popadnie. Bo inaczej można byłoby zwariować. Po prostu.

Z jakimi jeszcze sytuacjami można się spotkać? Przykładowo: pod kabinę podbiega młody 10 letni chłopczyk i mówi, że nie może „uwolnić” swojego roweru (tzn. że rower mu się zaciął w zabezpieczającym zapięciu). W całą sprawę włącza się też młoda mama pechowego chłopca i również prosi o pomoc. Niestety, ani nikt z pasażerów, ani kierowca, ani (już później) inni kierowcy nie są w stanie uwolnić feralnego rowerku. Sprawę rozwiązuje dopiero interwencja pogotowia technicznego i kontrolowane włamanie - z premedytacją - do rowerowego zapięcia.

Jednakże zanim do tego doszło mama z dzieckiem kursowała po całym mieście przez 3 godziny. W międzyczasie z zapięciem siłowali się kolejni pasażerowie i kierowcy na pętlach. Niemniej na nic zdały się wysiłki rosłych, gibkich chłopów z zapałem, którego nie sposób akurat odmówić... Ostatecznie efekt był jednak mizerny. Cały czas trwało żmudne "załatwianie" pomocy drogą radiową.

Niepozorny rower, a spowodował kilkugodzinny, humorystyczny sajgon, już nie mówiąc nawet o tym, że - w chwili, gdy nieszczęsny pojazd ugrzązł w autobusie i zaczęły się ustawiczne próby wydostania go - zablokowałem na kilka minut cały przystanek, i to w newralgicznym punkcie w centrum miasta. Przez radiotelefon płynęły pytania zdumionych kierowców: "403, Ty długo będziesz stał na tym przystanku?". Pytania, których nie słyszałem, bezskutecznie mocując się z rowerem. Dowiedziałem się o nich dopiero później w zabawnych okolicznościach.

Zasadniczo, jest to praca, która w mocny sposób harmonizuje człowieka z miastem. Sprawia, że jeszcze bardziej oddycha się rytmem aglomeracji i jeszcze mocniej ją rozumie (nawet jeśli brzmi to nazbyt górnolotnie i patetycznie)... Czas biegnie błyskawicznie, zapewne o tyle, o ile się to lubi. Prawdziwa gratka dla zapalonych obserwatorów i autentycznych mieszczuchów. Miasto bowiem codziennie jest niby takie samo, a jednak zupełnie inne, jeżeli tylko wnikliwie przyglądamy się szczegółom. Zresztą już Stachura mówił - skądinąd bardzo celnie - że każda chwila jest ostatnia. Praca w transporcie publicznym to czytanie wielkomiejskich opowieści na żywo i niejako codzienna okazja do sprawdzenia słuszności powyższej maksymy o tychże ostatnich chwilach...

Przy okazji można też załapać się na fajną, "zakładową" wycieczkę np. na Litwę. Trzeba to lubić, wówczas jest to przygodą. Nie mordęgą, a inspiracją. A o to przecież chodzi…


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Ludzie śmieją się tylko z tego, co śmieszne, albo z tego, czego nie rozumieją.

Antoni Czechow
 

 
Bieda jest lepszym spoiwem niż szczęście.

Erich Maria Remarque (Paul Remarque).
 

 
Nie warto żyć życiem przez nas niepoznanym.

Sokrates
 

 
Długie szaty krępują ciało, a bogactwa duszę.

Sokrates
 

 
Cudowna kobieta to taka, która nie wymaga cudów.

Autor nieznany.
 

 
Pieniądze są tylko środkiem, by móc przestać myśleć o pieniądzach.

Autor nieznany.