• Wpisów:174
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:182 dni temu
  • Licznik odwiedzin:17 396 / 476 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Truizmem wydaje się przypominanie, że ludzie potrafią być doprawdy bardzo różni. Ja jednak – zamiast posiłkowania się tym komunałem - na podstawie swoich autobusowych spostrzeżeń - wyróżniłem dzisiaj 7 typów pasażerów. Jak to wygląda z mojej subiektywnej perspektywy? Przyjrzyjmy się im!

Typ wyalienowany telefonicznie.
Co to jest alienacja? Wyobcowanie. A pasażer wyalienowany telefonicznie to taki, który jest za pan brat ze swoim smartphone’m. Niemalże nic nie oderwie go od ulubionej gry czy wciągającej lektury konkretnej strony w necie. A, że każdy autobus BKM jest jeżdżącym hot spotem, to takiemu pasażerowi tylko w to graj. Głowa w telefon i już. Pasażer bezproblemowy, ale i mało uważny. Mało go obchodzi, niezbyt korzysta z uroków autobusowej wycieczki, ale zastrzeżenia i czepialskie usposobienie to z pewnością nie jego świat.

Typ wdzięczny i sympatyczny.
Bardzo fajny typ pasażera i wbrew pozorom wcale nie aż tak rzadki. Tacy ludzie chętnie dziękują, gdy się na nich zaczeka i specjalnie otworzy im drzwi. Czasami fatygują się nawet przez cały autobus, by po prostu powiedzieć „dziękuję” i czasem dorzucić parę sympatycznych słów.

Typ roszczeniowy.
To oczywiście pasażer, któremu wiecznie coś nie pasuje. Który nawet jadąc nowym, klimatyzowanym autobusem o przebiegu 1000 tys. km i tak znalazłby - choćby totalnie urojoną - dziurę w całym. To za gorąco, to za zimno, to „macie syf na przystankach”, to 3 minuty za późno itd.

Typ pomocno-wyrozumiały.
To pasażer inteligentny i empatyczny. Kilka z życia wziętych (faktycznych) przykładów. Typ pomocno-wyrozumiały stoi nocą na peryferyjnym przystanku w szczerym, nieoświetlonym polu. I co czyni? Specjalnie świeci telefonem, by go było widać już z daleka. Innym razem wciska przycisk „stop”, by zasugerować z wyprzedzeniem, że będzie wysiadał, co ułatwi kierowcy życie. Zamierza kupić bilet, ale widzi że autobus jest w ruchu? Spokojnie czeka na stosowany moment. Zauważył, że kierowca ruszył z pętli, nie zmieniwszy kierunku jazdy (na sterowniku Pixel), podchodzi i serdecznie go o tym informuje. Pasażer, jakiego w zasadzie każdy chce wieźć.

Typ obojętny.
To typ pasażera, po którego spojrzeniu widać, że jest zajęty swoimi sprawami. Wraca zamyślony z pracy czy uczelni, jest pogrążony w swoich wewnętrznych myślotokach, a jego celem jest jak najszybsze „odbębnienie” podróży. Spokojnie patrzy w szybę czy też martwym wzrokiem przed siebie. Myślami jest gdzie indziej. Pasażer nieobecny, aczkolwiek zarazem „niekolizyjny”. Ta grupa ma dość bogatą reprezentację w autobusach. Innymi słowy, takich ludzi jest sporo.

Typ ciekawy świata (pasjonat).
Taki człowiek chętnie podpytuje kierowcę o realia jest zajęcia. Jest zainteresowany wieloma szczegółami i tym jak działa komunikacja miejska. To pasażer, który chce się czegoś dowiedzieć, a podroż nie jest dla niego jedynie smutną koniecznością, a przygodą. Nie karą, a czymś przyjemnym.

Typ zdezorientowany.
Pasażerowie reprezentujący tę grupę – jak skądinąd łatwo się domyślić - szukają u kierowcy porady bądź też pomocy. Przeważnie chodzi o pytania w stylu, gdzie jedzie dany autobus albo na jakim przystanku wysiąść, by trafić do danego punktu (np. szpitala czy też sklepu) lub też na jaką linię się przesiąść, by dojechać do celu.

Dawid Horbacz
 

 

Oj, te remonty, co za mordęga… Ciasny i wąski - zupełnie nieprzystosowany do dużych pojazdów - objazd w Wasilkowie to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza w szczycie. Mijanie się z autobusami PKS, maszynami prywatnych przewoźników albo innymi pojazdami komunikacji miejskiej – delikatnie mówiąc - nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych.

Ciemne strony remontów są takie, że z reguły powodują one konieczność objazdów. A nie zawsze da się ten objazd sensownie wyznaczyć. W tym przypadku ruch odbywa się drogami totalnie nieprzystosowanymi do nawet dużej liczby osobówek, nie wspominając już o pojazdach gabarytowych. Jednakże nie ma innego wyjścia. Autobusy i ciężarówki jakoś przejechać też muszą...

Boczne ulice Kupiecka i Wojtachowska w podbiałostockim Wasilkowie mają raczej wiejską zabudowę. Tam, pośród spokojnych domków ryk silników wielkich autobusów (nawet o północy) straszy emerytów, jakich w tym miejscu nie brakuje.

Proszę sobie wyobrazić to w detalach: sielski krajobraz, pieski biegają luzem, tylko spójrzmy - tu snuje się ktoś chwiejnie po paru głębszych, tu ktoś leniwie jedzie rowerem, o – ktoś wyszedł pogaworzyć przed dom z sąsiadem… I nagle w taką scenerię wjeżdża przegubowy autobus, a za nim sznur samochodów. Ciasnota „na maksa”! Trzeba się nagimnastykować, żeby nie zahaczyć tyłem o słup czy znak czy też nie wjechać w płot lub w dom.

Nagle na zakręcie następuje spotkanie z drugim przegubowym autobusem (tu jeszcze jakoś poszło), by za chwilę w drodze powrotnej natrafić na nieco mniejszy prywatny autobus, którego kierowca zagapił się, nie zaczekał i pojechał na pewniaka. Na zakręcie oczywiście okazało się, że pole manewru tu i tu jest nikłe. I nie idzie przejechać, trzeba cofać. A z tyłu sznur samochodów uskutecznia coś w rodzaju wstecznego domina. Czy to tylko hipotetyczny przykład? Nic z tego, autentyczny…

Doszło to takiego clinchu, że ani do przodu, ani do tyłu. Oczyma wyobraźni widziałem już holownik i pogotowie techniczne kręcące głowami z konsternacją: - O, Jasny gwint młody, jak wy żeście tu wjechali. Co tu teraz zrobić - znaki i płoty zdejmować?! Toż to ani do przodu, ani do tyłu?! .

Tym niemniej obeszło się bez radiotelefonu. Bez 1 do 452. Fartownie i jakoś pomału, resztkami marnych centymetrów, jakie nam zostały - z pomocą innych wycofujących za nami kierowców (co bardzo istotne) - zaczęliśmy cofać. Oba autobusy cofały. Z mozołom. Oczywiście z ludźmi i normalnie na linii. Chaos i rosnące opóźnienie.

Zapewniam, że jazda do tyłu 18-metrowcem (już złamanym do skrętu), będąc otoczonym z dwóch stron przez słupy, płoty, znaki i domy (i oczywiście samochody; i w ruchu i zaparkowane!) przyprawia o dodatkową dawkę potu. 5 minut katorgi! Co za objazd!

Wieczorem, gdy było luźniej sytuacja już się poprawiła. Aczkolwiek panów snujących się po głębszym (nieprzypadkowo znaleźli się w tym „sielskim” opisie) w takich warunkach też się trudniej wyprzedza. W międzyczasie ktoś się nudził i porozbijał butelki na wąskiej jezdni. Pomału jednak udało się sforsować tę przeszkodę. O całkowitym ominięciu mowy być jednak nie mogło.

Podsumowując, moto-piekło wasilkowskie to prawdziwa szkoła jazdy. Wszystko to „na żywca” pod spokojnymi domkami, wśród zdziwionych mieszkańców, którzy pewnie słowo korek, rwetes czy harmider będą teraz codziennie (przez parę miesięcy) odmieniać przez wszystkie przypadki!

Dawid Horbacz
 

 

Spontaniczny wyjazd z rezerwy przypomina niekiedy gorączkową krzątaninę w remizie strażackiej. Brakuje tylko specyficznego i osobliwego zjazdu po charakterystycznej rurze. Ale popłoch i ta atmosfera jakoś tak się kojarzy.

Kierowcy oddelegowani do rezerwy przesiadują sobie spokojnie w zajezdni nieniepokojeni. Kiedy jednak w którymś autobusie coś się zepsuje czy wydarzy, taki szofer natychmiast przerywa zajezdniowe konwersacje i wyjeżdża na linię. A może być to każda linia - warto nadmienić.

Sam już parę razy biegłem do autobusu, choć przed chwilą jeszcze byłem pogrążony w dyskusji, jaka wytworzyła się w dyspozytorni. Czasem pędziłem nawet z kanapką czy jogurtem, krzycząc: a jaka to w ogóle ma być linia? Wyjechałem w takiej awaryjnej sytuacji kilka razy i jeździłem już do końca zmiany, przez wiele godzin. Tak się trafiało.

A jak było ostatnio? Tylko zacząłem się "rezerwować" i w sam raz zepsuło się "25". Popołudniowy szczyt, do tego nienajkrótszy dolot z zajezdni i opóźnienie na przysłowiowe dzień dobry murowane - i to oczywiście jeszcze przed przystankiem, na którym miałem w ogóle się włączyć na linię.

Na tym nie koniec kłopotów: awaria ciężarówki na trasie generalskiej dopełniła reszty, generując gigantyczny korek, którego symboliczną kwintesencją było rondo Putry i estakada umiejscowiona tuż nad nim. Do tego wszystkiego autobus też nienajżwawszy pod względem osiągów. Tu jeszcze bilecik, tu kolejne czerwone, tu wysłużona zatoka (autobusowa) przypominająca pobojowisko, zmuszająca do powolnego podjazdu pod przystanek.

W efekcie wychodzenie z opóźnienia trwało praktycznie do końca (krótkiej bądź co bądź) zmiany. Ganianie od pętli do pętli. Przez moment zaliczyłem też jazdę w duecie (wozami obsługującymi tę samą linię), co spowodowało rzecz jasna konieczność odskoku.

Reasumując, na rezerwie bywa wesoło i nieprzywidywalnie. Można wyjechać dość losowym autobusem w sam środek popołudniowego "kotła". Kiedy znowuż mniej się dzieje, można też dowiedzieć się - czasem zupełnie przypadkowo - wielu przydatnych rzeczy (nie tylko z zakresu rzemiosła kierowcy) od doświadczonych szoferów. Na przykład o obecności w dyspozytorni sekretnych szafek (specyficznych skrytek). I to dopiero po dziesięciu miesiącach pracy (sic!).

Godzina piata, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…

Dawid Horbacz
 

 

Poruszanie się autobusem komunikacji miejskiej przez wiele godzin chcąc, nie chcąc sprzyja dużej liczbie obserwacji.

W życiu bym na przykład nie pomyślał, że w jeden dzień w mieście może być tyle kolizji. Tu stłuczka, tu samochód na słupie albo latarni, tu znowuż zlot lawet. Jazda pojazdami komunikacji miejskiej pozwala też doskonale wyczuć rytm miasta i jego aktualną atmosferę. Na przykład dzień meczu, bądź też imprezowy piątek lub sobotę.

Tu duża grupa obcokrajowców z wymiany studenckiej, tu z kolei zorganizowana społeczność eleganckich imprezowiczów (i 20 miniówek w autobusie; w pakiecie) jadąca na jakiś bal czy chrzciny. Tu biesiadnicy z melanżu mniej wykwintnego, podblokowego, tu znienacka widać nieoznakowany radiowóz i aresztowanie, a dokładniej szarpaninę dwóch policjantów z rosłą i tęgą kobietą w średnim wieku. A tymczasem duża, zmęczona grupa pracowników fabryki wraca wieczorem z pracy.

Reasumując, jest to profesja, w której człowiek się "napatrzy". I czasem "narozmawia" (na przykład ze zdezorientowanym pasażerem, który nie wie, gdzie wysiąść albo ma za 10 minut egzamin na prawo jazdy, a pojechał nie tam, gdzie trzeba). Są też pasażerowie przejawiający gotowość do opowiedzenia z marszu połowy życiorysu.

Dużo rozmów i spostrzeżeń - podobnie jak u taksówkarza. Bo wiele godzin za kółkiem sprawia, że widać więcej... Światła autobusu jak uważne oczy sędziwego mędrca notorycznie „zapisują” w kazamatach pamięci te wszystkie obrazy, które zresztą same naświetlają…

Dawid Horbacz
 

 
Z moich obserwacji i konwersacji z kierowcami wynika, że duża liczba szoferów cierpi na chroniczną alergię w kwestii otwierania "pierwszych drzwi" - przede wszystkim dla pasażerów wsiadających. Natomiast co do wypuszczania mas ludzkich przednimi drzwiami, to słychać tu mniej narzekań. Tym niemniej trzeba odnotować, że takież też są. Zdarzają się bowiem - niekoniecznie najmłodsi - pasjonaci spacerów przez autobusową obrotnicę w blaszanej, biało-zielonej przestrzeni wąskiej, którzy fatygują się przez cały autobus do pierwszych drzwi, byleby tylko nimi wysiąść, a potem... zawrócić w przeciwnym kierunku, będąc już na chodniku. Może wynika to z jakiegoś przyzwyczajenia.

W każdym razie wielu kierowców ewidentnie nie lubi tej krzątaniny pod samą kabiną. I podglądania ich "roboty"od kuchni, niejako zza pleców. Muszę przyznać, że sam tak podpatrywałem przez wiele lat, kiedy tylko miałem okazję. Tak silna była we mnie ta ciekawość jak prowadzi się takiego kolosa, że aż w końcu sam znalazłem się w tej kabinie. Rozumiem więc , że może korcić, by zajrzeć jak to tam wszystko wygląda u kierowcy, cała ta "aparatura", technikalia i w ogóle. Syndrom pierwszych drzwi - tak to nazwijmy - to tak czy inaczej częsta przypadłość szoferów. Ale oczywiście nie jedyna.

Jedni nie przepadają za przesadnym zagadywaniem w trakcie jazdy (bezpieczeństwo), innych znowuż drażni fakt, że do końca nie wiadomo, czy pasażer zamierza wysiąść czy niekoniecznie (albo decyduje się na to spóźnialsko i nadto gwałtownie, kiedy drzwi się właśnie zamykają).

Pijani, turlający się od lewa do prawa kloszardzi też zaiste nie są pasażerami marzeń. Kłopotliwa może okazać się również sprzedaż biletów w opóźnionym, zatłoczonym autobusie (w szczycie), zwłaszcza gdy tajemnicza persona pod kabinową szybą wyciąga wnet - jak królika z kapelusza - nominał z Bolesławem Chrobrym (20 zł), a nie daj Bóg z Kazimierzem Wielkim (50 pesos), nie wspominając już nawet o innych, np. o Zygmuncie Starym (200 zł).

Bus driverom bywają też nie w smak zachowania co bardziej krewkich kierowców osobówek, którzy za wszelką cenę chcą wyprzedzić autobus, nie zważając na to, że np. za krótką chwilę sami będą intensywnie hamować, by skręcić w prawo. A wraz z nimi oczywiście świeżo wyprzedzony autobus.

Moi rozmówcy – pytani o to, co ich najbardziej irytuje - wskazują też na sytuacje tego typu: widmo rosnącego opóźnienia zagląda kierowcy przenikliwie i głęboko w oczy, a tymczasem tuż przed nim autobus konkurencyjnej firmy toczy się buspasem 30 km\h, gdyż u niego akurat z czasem jest wszystko ok. Klasyczny niefart.

Nieważne: dobre, przyjazne radio (najlepiej jeszcze z wejściem USB) jest na te stresogenne czynniki fajnym medykamentem… Szerokich dróg i spokojnych dni.

Dawid Horbacz
 

 
Największe szczęście w życiu to pewność, że jesteśmy kochani ze względu na nas samych, albo raczej pomimo nas samych.

Autor nieznany.

Na świecie istnieje jedyna rzecz warta życia: bezgranicznie kochać istotę, która kocha nas bezgranicznie.

Autor nieznany.
  • awatar Piotrdivine: Pewność jest tylko to że istniejesz. Reszta to iluzja.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wyobraźcie sobie: stoicie długo na przystanku, jesteście praktycznie na wpół „zahibernowanym” pasażerem, wszak jest zimno aż do bólu. Wypatrujecie w oczekiwaniu upragnionego autobusu. O, nadjeżdża! Ale cóż to za dziwoląg, kompletnie bez numeru i tablicy kierunkowej! Nieoznakowany autobus widmo.

Nieważne, może to właśnie ten, może zepsuł się Pixel (czyli ta nieszczęsna tablica), o czym kierowca zupełnie nie wie. Tak, zdecydowanie, trzeba będzie mu to powiedzieć jak się zatrzyma i zapytać się przy okazji co to w ogóle za numer. A czuję, że to moja linia - myślą pechowcy.

I co dzieje się za chwilę? Autobus nawet nie ma zamiaru stanąć i przemyka dalej jak gdyby nigdy nic! Jedzie dostojnie i majestatycznie 30 – 40 km na godzinę - jak na defiladzie. Ani myśli zwolnić. Co to ma być!?

Ale nie dość i tego, gdyż w środku autobusu dzieją się dantejskie sceny… 40 osób pogrążonych w chaotycznej szarpaninie wewnątrz przegubowego olbrzyma dezorientuje przystankowo-przypadkową społeczność jeszcze bardziej. Część uczestników wielkiej szamotaniny trzyma nawet w ręku broń: noże i pistolety. A autobus mknie dalej. Może to i lepiej – wzdychają z ulgą szczęściarze, przystankowicze. Pewnie jadą bezpośrednio na komisariat, skoro tak dramatyczna sytuacja panuje na pokładzie – sądzą oczekujący, próbując dojrzeć jak najwięcej przez coraz bardziej zaparowane szyby.

I co? Nie, na szczęście nic z tych rzeczy! Choć ta – wydawałoby się - surrealistyczna sytuacja wydarzyła się naprawdę. I to ja prowadziłem ten dziwny autobus. Trafiło się mi się niezwykle unikatowe i ciekawe zlecenie. Otóż miałem zabawić się w taksówkarza (z totalną dowolnością, jeśli chodzi o wybór trasy) i wozić po mieście dużą grupę, która w autobusie urządziła sobie zajęcia, po prostu trenowała. W czym rzecz? Chodzi tu o kurs samoobrony. W dodatku prowadzony w niezwykle realistycznych warunkach (z lekkimi turbulencjami i wielkomiejską otoczką). Można powiedzieć, że grupa (na jej czele stał młody instruktor) przerobiła swoisty „atak pijanego agresora” (takież były to zajęcia) w środkach transportu publicznego – i to przy pełnej scenografii teatralnej, a i nawet w rekwizyty się wyposażyła (wspomniana broń to oczywiście atrapy). Już w zajezdni ćwiczenia wzbudziły spore zainteresowanie. Co rusz słyszałem pytania, co się dzieje w tym autobusie.

Jak widać, pracując w komunikacji miejskiej można wieźć nawet obwoźny teatr na kółkach. Są też wesela, transport młodzieży do kina itd. Możliwości poza pracą na linii jest sporo. Tego typu przejażdżka wielką taksówką może w praktyce okazać się nad wyraz nietypowa.

Dawid Horbacz
 

 
Nieważne jest co widzisz, istotne jest co dostrzega twój umysł.

A.G.Kamieński
 

 
Gdy już naprawdę będziesz zdeterminowany, świat stanie na głowie, żeby cię wesprzeć.

T. Harv Eker, "Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie", [From: lubimyczytać.pl.].
 

 
Na rynku pracy znajdź odpowiedni czas i miejsce dla swojej pasji.

Autor nieznany.

A najlepiej to połącz (rozwinięcie autorskie).
 

 
Paliwem sukcesu jest pasja, wiara, wizja i marzenia!

Autor nieznany.
 

 
Kochające serce zawsze jest młode (sentencja grecka).


Szczęście to jedyna wartość, która się mnoży, jeśli się ją dzieli.

Albert Schwieter
 

 
Mędrcami są ci, którzy dochodzą do prawdy przez błędy; ci, którzy upierają się przy błędach – są głupcami.

Friedrich Rückert
 

 
Czas jest bezwzględnym rzeźbiarzem ludzi.

Odisseas Elitis


Czas się nie śpieszy - to my nie nadążamy.

Lew Tołstoj

Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy.
Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.

Seneka


Ludzie myślą czasem jak zabić czas, a to czas ich zabija.

Alphinse Allias
 

 
Nie należy mylić prawdy z opinią większości.

Jean Cocteau
 

 

Zimowe warunki drogowe – oprócz generowania większego poziomu niebezpieczeństwa - mają również to siebie, że potrafią mocno spowolnić ruch. Ostatnimi czasy mało brakowało, a jeździlibyśmy w trzy „czwórki” razem. Widok cokolwiek niecodzienny. Natomiast niespodziewane duety dwóch autobusów przegubowych oczywiście zdarzały się. A i trio też już było bliskie. To dopiero byłby konwój! Już widzę te miny na przystankach...

Tak we znaki dały się korki i tańcowanie przegubem oraz jego wijącym się ogonem po zwodniczym i perfidnym lodzie (na szczęście wszystkie te nieoczekiwane drift-dancing’i zakończyły się powodzeniem).

Przez całe popołudnie był kłopot z trzymaniem odpowiedniej separacji pomiędzy autobusami (tej samej linii). Już nawet „huk” z jazdą w pełni planową! Bo tak naprawdę o jeździe zgodnej z rozkładem... do wieczora można było tylko pomarzyć. Wygrzebywanie się z rosnącego opóźnienia trwało doprawdy sporo godzin.

Aby nie „ganiać” razem karawaną „czwórek” trzeba było przesadzać pasażerów do jednego wozu, a drugim (już pustym) uskuteczniać ucieczkę. Odskok. Żeby to jakoś wyglądało i przede wszystkim było bardziej funkcjonalne dla pasażerów. Ucieczka aż do uzyskania większego dystansu. A potem? Ponowne włączenie na linię. Tyle tylko, że korki nie chciały się prędko skończyć, a na ulicach jeszcze totalna ślizgawica i zamieć śnieżna. Efekt? Problem powrócił ponownie. Jeden zbiera ludzi (i to sporo - przez to, że długo nie było autobusu), drugi jedzie niemalże na pusto i dogania. I znowu exodus pasażerów.

Pamiętam swoje słowa: - Trzeba trzymać separację, bo my tu zaraz w trójkę będziemy jeździć. Dynamicznie zmieniająca się ogólna sytuacja, jak i oblodzona jezdnia skłaniały do częstej (radiowej) komunikacji pomiędzy autobusami (- Gdzie jesteś?), która przeradzała się też niekiedy w towarzyskie pogawędki dla rozładowania atmosfery pośpiechu (- 465, Osobówki drift na Branickiego teraz z kolei uskuteczniają).

W pewnym momencie zaskutkowało to swoistym zaborem, zablokowaniem radia naszą konwersacją. Wtem usłyszałem głos dyspozytora: 612, kończ już te rozmowy!

Przypomniała mi się podstawówka i jak gadałem na lekcjach: - Panowie, towarzystwo tam z tyłu. Może razem się pośmiejemy?; - Chłopczyk, wyłączam Cię; - Ty masz taki donośny głos, że nawet jak mówisz szeptem, to Cię słychać. I tak dalej...

Wesoły dzień. W końcu wróciliśmy na swoje czasy i nikt nie ucierpiał przez ślizgawicę – to najważniejsze. Do zobaczenia wśród hałd śniegu na przystankach… Kocham tę robotę!

Dawid Horbacz
 

 

Rzecz dzieje się w Białymstoku. „Lecę” ochoczo buspasem przez Legionową. Przegubem, Solarisem, umiarkowanym tempem. Zbliżam się do ulicy Prezydenta Kaczorowskiego. Wtem pod kabinę podbiega kobieta z dziwną miną i zaczyna dynamicznie artykułować swój przekaz, a przy tym intensywnie gestykulować. Żwawo ściszam nieco radio i zamieniam się w słuch. Cóż ów niewiasta chce zwerbalizować? Może chce bilet? Może nie spodobało się jej, że autobus ma minutę opóźnienia? A wiadomo? Nic z tych rzeczy, chodzi jej o niezbyt przyjemny fetor z tyłu autobusu.

Okazuje się, że ktoś – wyglądający na bezdomnego - uciął sobie drzemkę w najlepsze. Zdarza się, ale rzeczywiście zapach jest mało fajny. Naocznie lustruję sytuację, urządzając sobie wyprawę na „tyły” 18 metrowego kolosa. Połowa autobusu jest w zasadzie sparaliżowana. Tylna część przegubu aż do obrotnicy (tam, gdzie jest „harmonijka”) jest zaludniona dość rzadko, gdzie tymczasem w drugiej części autobusu mamy do czynienia z lekkim tłokiem. Pasażerowie ewidentnie uciekają od tych wątpliwych aromatów. Mają dosyć.

- Tak nie może być, nie da się jechać! - słychać narzekania.

Dziwny pasażer obiecuje jednak, że za chwilę już wysiądzie. Jednakże – zgadliście – oczywiście nie wysiada. I nie wykazuje nawet takiego zamiaru. Mimo to, szkoda człowieka, może nie ma zupełnie dokąd pójść…. Na zewnątrz zimno, mróz. No dobra, może za moment pójdzie chociaż po resztki rozsądku do głowy i wstanie do tych cholernych drzwi. Mija trochę czasu. Nic z tego! A za chwilę okaże się, że byłem przesadnym optymistą w kwestii kłopotliwego klienta…

Wybieram się na drugą ekspedycję na tyłu autobusu. Tym razem nie ma już wcale kontaktu z owym delikwentem. Jest za to wielka butelka wódki pod nogami, a konkretnie Soplicy Pigwowej. Nie było jej wcześniej widać. Jest też pełno śmieci, walający się, nieodpalony papieros i jakieś „reklamówki-żulówki” (cytując klasyka polskiego rapu). Smród też rośnie, przy okazji.

Dobra, nie skorzystał z szansy. Dyspozytor przysyła mi patrol Straży Miejskiej, która pojawia się na miejscu bardzo szybko. Wbrew pozorom. Przy ludziach na zatłoczonym przystanku i przy pasażerach Solarisa (przypomnijmy - linia 16) dochodzi do interwencji (która strażnikom, a zwłaszcza jednej strażniczce, pewnie na dobre utkwi w pamięci).

Wnet oczom tłumu ukazuje się koszmarny, makabryczny widok. Nie dość, że dookoła jest odór, to już dokładnie widać od czego, gdyby ktoś miał wątpliwości. Nie, on wcale nie zwymiotował. Naszemu bohaterowi – wśród masy ludzi na przystanku - spadają spodnie (do kolan). Wszędzie widać rozmazane fekalia, a nawet sterczący „kloc” (mówiąc już bardzo obrazowo). Gdzież. Funkcjonariusze ledwo prowadzą klienta, kiwając się wraz z nim na boki (sam nie jest w stanie stać) - a to w jedną, a to w drugą. Kiwają też z politowaniem głowami. Wrzucają w końcu umorusanego pijaka do radiowozu. Nie założyłbym się, czy sami się nie upaprali ekskrementami (sic!).

Strażniczka z roztargnieniem kręci tylko głową. Oznajmia też z konsternacją: - Tu trzeba będzie dezynfekcji!

Dziwnym trafem, kilka godzin później, gdy kolejny pijaczyna zabrudził inny autobus (tym razem linia 20), straż miejska odmówiła już przyjazdu! Skończyło się na interwencji policji, która zapewne zabrała nieszczęśnika. Może mieli dość po tamtym! I być może policja miała więcej szczęścia.

Co było dalej? Minęły godziny, Zajezdnia Składowa, a zapach stolca, jak był, tak nadal został. W moment to nie wyparuje, mimo że jego „siewca” był już hen daleko stąd (w tajemnej Izbie). Wietrzenie! Na szczęście fotel był czysty. Jakimś cudem!

Obywatele i obywatelki, drodzy pasażerowie i pachnące pasażerki, Panie i Panowie kierowcy: zasadniczo strzeżcie się szeroko rozumianej żulii i osobników wymiotujących jak smoki oraz ludzi ze stolcem w „promocyjnym pakiecie”, generującym niewyobrażalny swąd…

„Dozo” na linii. Wasz głos i notoryczny obserwator komunikacji miejskiej. Dawid.

Dawid Horbacz
 

 
Czas jest ojcem prawdy.

Francois Rabelais
 

 

Dzisiaj czułem się jak belfer z podstawóweczki po pedagogice wczesnoszkolnej. Ni stąd, ni zowąd na przystanku na ulicy Legionowej (Białystok) wsiadła jakaś obfita, szkolna wycieczka. A i bez tego miałem już tłok - tak naprawdę. Młoda hałastra wnet poczęła wydatnie rozweselać cały autobus.

Można powiedzieć, że ustanowiłem prywatny rekord frekwencji w kategorii "autobus jednoczłonowy". Pasażerowie gnieździli się na pokładzie jak stłoczone pszczoły w ciasnym ulu. Z tym, że plastrów miodu po sobie nie zostawili, a jedynie hektolitry zimowego błota z ulicznej chlupy rodem.

To się nazywa przepełnienie - pomyślałem. Niesamowite, ileż strzępów i fragmentów pasażerskich konwersacji można usłyszeć z kabiny. Przy dużej liczbie ludzi nagromadzenie dźwięków przeistacza się w chaotyczny chór, z którego umysł wychwytuje pojedyncze treści czy też zadania.

Jednocześnie można powiedzieć, że autobus komunikacji miejskiej jest niekiedy swoistym barometrem i odbiciem nastrojów społecznych. Oczywiście grupa jest tu losowa i zupełnie niereprezentatywna.

Oprócz nicponi z podstawówki wiozłem cały przekrój naszego społeczeństwa. Każdy z tych ludzi jedzie z własną historią ulokowaną gdzieś w głębi zwojów mózgu. Osiągi autobusu aż zauważalnie spadły. Totalny tłok. Ale ciekawie.

Tę robotę naprawdę można kochać, choć na ulicach ślizgawica, zatem lepiej nie pozwolić usnąć czujności.

Dawid Horbacz
 

 
Dobrze ten schował, kto schował w pamięci.

Dante Alighieri
 

 
Słaba pamięć pokoleń utrwala legendy.

Stanisław Jerzy Lec
 

 

Pasażerski transport publiczny to taka gałąź gospodarki, która w zasadzie pracuje cały czas. Jest to duża machina (kierowcy, mechanicy, pracownicy administracji), która jako całość nie zna słowa przerwa. Wszystko to oczywiście przy sensownym rotowaniu ludźmi i ich czasem pracy.

Innymi słowy, komunikacja miejska jako taka nie zasypia nigdy. Czy to wigilia, czy to sylwester, czy to dzień, czy to noc, czy to deszcz, czy śnieżyca, czy słoneczna spiekota, czy też gołoledź. Zawsze jest potrzebna. Podobnie jak policja czy też np. pracownicy elektrowni. Jasna sprawa. Bo zajezdnia to miejsce, gdzie w zasadzie życie toczy się cały czas. Co prawda z różnym natężeniem, ale jednak.

Jeżeli chodzi o autobusy na ulicach, to sprawa wygląda podobnie. Nocne linie mijają i zazębiają się z dziennymi (najbardziej zatwardziałymi). Jedni kończą, drudzy właśnie zaczynają. Za chwilę znowuż linie nocne jeżdżą wespół z pierwszymi dziennymi. I tak to się kręci... Jeżeli nie ma linii nocnych (a jest to zależne od dnia tygodnia), to jest niewielka przerwa pod względem obecności autobusów na ulicach, jednakże nawet w takim przypadku całościowo zajezdnia i tak nie zaśnie.

Przypomnijmy też, że jakiekolwiek święto nie powoduje całkowitego wstrzymania ruchu autobusów. Jedynie ogranicza liczebność maszyn na drogach poprzez świąteczny rozkład. Notabene piszę te słowa na pętli w wigilię. Trzeba powiedzieć, że ruch jest skromny i jeździ się nad wyraz przyjemnie.

Tymczasem - jak to niekiedy na końcowym bywa - pora skorzystać z toalety, a dokładniej z Toi-toi'ja, którego obskurna prezencja wewnętrzna nieomal tradycyjnie już woła o pomstę do niebios. Ciekawe jak te laski (kierujące i nie tylko) zmieniają tam podpaski... Bo warunki są doprawdy na tyle "ciekawe", że aż strach usiąść na czymś, co w założeniu konstruktorów zapewne miało przypominać muszlę, lecz z uwagi na "nonszalancką" eksploatację społeczną "nieco" zmieniło wygląd.

Nieważne. W każdym razie transport publiczny charakteryzuje się ciągłością działania. Zmieniają się ludzie, a autobusy wciąż jeżdżą. I będą jeździć... Wesołych świąt dla wszystkich pracowników komunikacji miejskiej, jak i dla naszych pasażerów.


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Na zdjęciach patrzymy w wieczność.

Ryszard Nowosielski

Ząb czasu nigdy nie był mleczny.

Andrzej Coryell

 

 
Kochająca żona to najcenniejsze, co mężczyzna posiadać może.

Robert Burton
 

 

Ranek, umiarkowana pora. Wstaję z łoża i odpalam mózg do życia. Wtem dzwoni smartphone. To dyspozytor. Zaczyna się konwersacja. Rozmowa wygląda mniej, więcej tak: To Ty tego i tego dnia jechałeś wtedy tą linią, bo był telefon.

Myślę: no nie... jakaś wredna, nudząca się „stara baba” zadzwoniła z pretensjami, że autobus przyjechał opóźniony, zakurzony albo coś podobnego. Kierowca stanął krzywo w zatoce, nie wiem. A tymczasem...

- Słuchaj, bo ona zadzwoniła z pochwałą, że na nią zaczekałeś.

Jak miło, los niejednokrotnie potrafi fajnie zadziwić. Jak tylko widzę, to zawsze czekam i otwieram drzwi pasażerom chcącym się załapać „za pięć dwunasta”. Nawet w opóźnieniu. W końcu po to jesteśmy. Wbrew pozorom ludzie często dziękują. Niektórzy nawet fatygują się osobiście z drugiego końca autobusu (np. wtedy, gdy już wysiadają). Nie spodziewałem się jednak telefonu z pochwałą. To drobnostka, ale jednak przyjemna.

Jeden z kierowców z konkurencyjnej firmy powiedział mi, że ludzie są dla Ciebie tacy, jakim Ty jesteś wobec nich. Zaczęliśmy dyskutować, czy to aby nie nazbyt naiwne. Bo oczywiście nie zawsze tak jest i nie zawsze możemy liczyć na pełen mirroring (czyli odwzajemnienie; lustrzane odbicie naszych działań i nastawienia). W końcu negatywne emocje ktoś musi też nakręcić jako pierwszy. Niemniej dobre nastawienie potrafi do nas wracać, co jest budujące.

A swoją drogą przy tych dobiegających pasażerach przypomina się, nieszczególnie wartki, ale za to filozoficzny film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”. Są tam w zasadzie opowiedziane trzy warianty historii jednego człowieka, a wszystko uzależnione jest od losowej sytuacji: od tego, czy owa postać zdąży na pociąg, czy też nie. I w kolejnych wariantach fabuła zawsze wraca do tego samego kluczowego momentu: zdąży czy nie... Reżyser idzie bardzo daleko. Ta jedna niepozorna sytuacja uruchamia cały łańcuch, ciąg kolejnych zdarzeń. Do tego stopnia, że w różnych konfiguracjach bohater ma zupełnie inny zawód, czy też skrajnie rożne poglądy polityczne, wiąże się z innymi kobietami, mieszka gdzie indziej itd.

Kierowca autobusu otwierając drzwi komuś dobiegającemu też może w sposób zupełnie nieprzewidywalny wpłynąć na czyjeś życie. Bo pasażer dotrze 10 minut wcześniej do celu i jego osobista historia potoczy się już inaczej, niż w innym przypadku.

Życiorysy zazębiają się mimochodem i wpływają na siebie (pośrednio, bezpośrednio) chcąc, nie chcąc.


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Audentes fortuna iuvat – Śmiałym los sprzyja (sentencja łacińska; autor nieznany).
 

 

Praca w komunikacji miejskiej jest pełna niespodzianek. A już zwłaszcza, gdy jeździ się „na skoczka” tj. gdy nie ma się na stałe przydzielonego autobusu. Co stało się tym razem?

Niespełna dwuletniemu, przegubowemu Mercedesowi nieoczekiwanie zachciało się być Boeingiem 737 i… wyrosło mu skrzydło. Jak? Otóż niespodziewanie otworzyła mu się boczna, tylna, lewa klapa. W radiotelefonie usłyszałem raptem damski głos uprzedzający mnie przed tym, że coś mi się otworzyło. To kierująca autobusem za mną spieszyła z ostrzeżeniem. Sprawdziłem w lusterku: rzeczywiście. Stercząca klapa. Z boku mam jak gdyby małe skrzydło.

Nie byłoby powodu do obaw i większego problemu, gdyby nie fakt, że pechowa klapa jak łatwo się otworzyła, tak oczywiście równie „gładko” nie chciała się zamknąć. A rzecz działa się w godzinach szczytu na ruchliwym przystanku (Sienkiewicza/Rynek Kościuszki), jak zwykle zresztą i jakżeby inaczej. Co robić? Trzaskanie nic nie daje, a na pokładzie cały autobus ludzi, którzy bacznie przyglądają się rozwojowi sytuacji. Może to czymś przykleić. Ale czym?

Po radiowych konsultacjach udało się odnaleźć ukryty w kabinie „magiczny klucz”, którym już bezproblemowo zamknąłem klapę, pozbywając się niechcianego skrzydła. Zadowolony wracam do środka autobusu i oznajmiam utęsknionym pasażerom, że sytuacja jest opanowana. Ale teraz pojawia się inny problem. Zatrzasnęły się drzwi od kabiny! Nie mogę wejść do środka.

Do cholery, dlaczego akurat teraz? Tylko nie to… Feta przerwana. Na szczęście głęboki nur ręką przez małą szybkę do przycisku otwierającego przynosi rezultat. Dosięgam guziczka z trudem i… załatwione. Ruszamy dalej. Potem okazuje się, że był inny – znacznie prostszy i bardziej cywilizowany – sposób na dostanie się do środka. Jednakże, kto by na to wpadł w popłochu i nerwach...

Linia 19 - i tak byłem opóźniony przez liczne korki i tłok na pokładzie. A tu jeszcze w bonusie parę minut dodatkowych doszło. Bywa. Byleby bezkolizyjnie do celu, w czym „pirackie” skrzydło by z pewnością nie pomogło w wąskich (i nie tylko) uliczkach.

Jak widać, praca na linii potrafi przysporzyć wielu nieprzewidywalnych emocji. A i skrzydło autobusowi może wyrosnąć jak przysłowiowy grzyb po deszczu…

Pozostaje życzyć wszystkim szoferom i sobie, aby w nadchodzącym 2018 roku było jak najmniej awaryjnych niespodzianek, a jeśli już się trafią, to niech wiążą się z faktycznym happy endem. Wesołych świąt.


Dawid Horbacz. Tekst autorski.
 

 
Co w życiu jest nieulękłe? Czyste sumienie.

Bias z Prieny

Sumienie człowieka jest myśleniem Boga.

Victor Marie Hugo
 

 
Nadzieje uczonych są pewniejsze, niż bogactwa nieuków.

Demokryt
 

 
Przyzwoity człowiek sam lepiej żyje. Nie dlatego, że ma o sobie lepsze mniemanie, ale dlatego, że nie cierpi duchowo z powodu zła które wyrządza.

Leszek Kołakowski