• Wpisów: 98
  • Średnio co: 21 godzin
  • Ostatni wpis: 6 dni temu, 21:08
  • Licznik odwiedzin: 6 124 / 88 dni
 
sentencjispektrum
 
mercedes-benz-1236289.jpg

Wyobrażaliście sobie kiedyś jak to jest, kiedy pierwszy raz usiądzie się za sterami wielkiego autobusu komunikacji miejskiej, a dokładniej 18-metrowego przegubowca, w dodatku pośród przypadkowych pasażerów, którzy trafili akurat na autobus ze świeżo szkolonym kierowcą (nic o tym nie wiedząc)?

Przeżyłem to. I zapewniam, że nie zapomnę tego do końca życia. Pierwszy dzień praktycznego szkolenia – i od razu kierownictwo rzuciło mnie na tak wielki autobus. Zaiste na głębokie wody. Co to oznaczało? Na szczęście nie wyrok śmierci dla pasażerów! Ale zaliczanie krawężników, jak również skomplikowane i niepewne manewrowanie po omacku już jak najbardziej.

Na to wszystko nakładał się olbrzymi chaos i natłok coraz to nowych informacji przekazywanych mi przez człowieka, który mnie szkolił. Tak, zgadliście… Jasne, że nie ma czasu na słuchanie i przyswajanie do czego służy każdy z kilkudziesięciu przełączników. Za dużo naraz. Rozgardiasz i mętlik. Ogon autobusu wił się i odstawiał dziwne harce z tyłu. Dziesiątki, setki twarzy w wewnętrznym lusterku wielkiego kolosa. To akurat nie do zapomnienia.

A jak się czułem? Byłem przerażony. Kiedy zobaczyłem tych ludzi i pomyślałem o swoich dopiero co kiełkujących umiejętnościach jazdy czymś takim, poczułem się jak we śnie. Jakby to się nie działo, choć jako mały chłopiec tak często o tym marzyłem (może też i dlatego to wszystko było takie niesamowite).

Pierwsze przystanki nie uraczyły mnie i mojego patrona (człowieka, który mnie uczył) ogromną frekwencją gawiedzi, natomiast zabawa zaczęła się na całego, kiedy wjechaliśmy do centrum Białegostoku w porannym szczycie.  O jeżdżeniu „na pusto” można było tylko pomarzyć.

Zasadniczo, tego typu historia kreuje ogromne nerwy. Ręczę, że to przeżycie wręcz surrealistyczne i jedyne w swoim rodzaju. Sajgon na rondach i w ciasnych miejscach. Rozmowy za plecami, przystanki, rozkład. Trudności były na tyle spore, że skończyło się tylko na jednym kółko z mojej strony z 15 minutowym opóźnieniem (sic!). Linia 10 - i wielki, przegubowy Solaris – ponad wszelką wątpliwość zapamiętam to wszystko znakomicie.

Drugi dzień szkolenia w komunikacji miejskiej to jazda krótszym autobusem jednoczłonowym (bagatela 12-metrowym, zatem wcale niemałym). Tym razem przypadła mi linia 20 i bardzo sympatyczny starszy człowiek w roli patrona. Motywował mnie i zachęcał, co pomogło mi znacząco w odbudowaniu mentalnym po ciężkim, pierwszym dniu. Nie było już jednego „kółka” od pętli do pętli, lecz wiele godzin „za kółkiem”.

Do autobusu wsiadało mnóstwo emerytów, matek z dziećmi w wózkach czy też na rękach. Trafiło się też całkiem sporo nastolatek, mających wakacje. Znalazło się też nawet kilka hindusek. Cały ciężar ogromnej odpowiedzialności w tej profesji dotarł do mnie jednak wówczas, kiedy już na samej pętli (dokładnie na Leśnej Dolinie) na pokład wtoczyło się przedszkole wraz z nauczycielką. Poszło lepiej, niż dzień wcześniej – znaczącą większość czasu spędziłem za kierownicą; zrobiłem drobny postęp.

Tymczasem kolejnego dnia spotkała mnie niezwykle przyjemna niespodzianka, bowiem do autobusu, który przyszło mi prowadzić przypadkiem wsiadła moja dziewczyna i nie było to planowane. W zasadzie w ostatniej chwili dowiedziałem się, że będzie akurat tą linią i o tej godzinie wracać z pracy z przesiadką (tuż przed przysłowiowym „wylotem” z zajezdni). Wsiadła i od razu rozpromieniałem. Była to sobota, jeździłem linią 11, a ruch nie był nazbyt wysoki. Dalsza edukacja i kolejny dzień stopniowego progresu.

Ogólnie rzecz biorąc, praca w transporcie publicznym, w komunikacji miejskiej to fascynujące, choć wymagające zajęcie. Choćby taka niepozorna sprzedaż biletów kogoś niedoświadczonego potrafi nieźle rozproszyć, z lekka zbić z tropu, a rozumiem, że nie muszę tu dodawać, że jest to zajęcie, gdzie uważać trzeba na wszystko.

A jak wygląda całe to nauczanie? Co zrozumiałe, każdego patrona cechuje inna osobowość. Przekłada się to oczywiście nie tylko na sam sposób przekazywania wiedzy, ale również  na nawyki i patenty, które konkretny nauczyciel usiłuje wpoić młodemu szoferowi (nie zawsze skutecznie). Właściwie to rady i wskazówki różnych patronów niekiedy są całkiem ze sobą sprzeczne, niemniej jednakowoż - w ogólnym rozrachunku - należy stwierdzić, że dowiedzieć można się od tych ludzi naprawdę sporo i istotnie jest od kogo się uczyć. Od każdego można wziąć to, co najlepiej przypadło nam do gustu, wypracowując przez własny styl. Swoją drogą, musi to oczywiście zająć trochę czasu. Zobaczymy co będzie dalej...

Dawid

bus-1678945_1920.jpg

Nie możesz dodać komentarza.